Bezsenna noc na isaańskiej wsi.

Bezsenna noc na isaańskiej wsi.

Zastanawialiście się kim byście byli gdybyście urodzili się zupełnie gdzieś indziej? Dokładnie z tym samym zestawem cech, z tymi genami, które odziedziczyliście po swoich przodkach. Gdybyście w wyniku jakiejś nieprawdopodobnej pomyłki znaleźli się w dniu swoich urodzin w ramionach innej matki. Na przykład w isaańskiej wiosce na północy Tajlandii.

Wokół połacie kiełkującego ryżu albo pola trzciny cukrowej i proste życie w buddyjskiej społeczności. Od najmłodszych lat chodzilibyście do szkoły przy lokalnej świątyni, bez ścian i ławek. Prosta wiejska szkoła pod wiatą, bo przecież tam zawsze jest ciepło. Uczylibyście się modlitw, medytacji, szacunku do starszych, trochę pisać i liczyć, ale to nie jest tam najważniejsze. Po szkole biegalibyście po polach, rozpryskując bosymi stopami brunatne błoto. Gdy podrośniecie, będzie pomagać rodzicom w uprawie ryżu i w zajmowaniu się zwierzętami. Jeśli jesteś dziewczynką, będziesz uczyć się jak wykarmić rodzinę. Jak zabić kaczkę i przygotować z niej zupę. Gdy jesteś chłopcem ojciec będzie zabierał cię na pole, gdzie nauczysz się, jak zarabiać z uprawy ziemi. Nie masz szansy na inne życie i nawet nie wiesz, że mogłoby być inne. Mieszkacie w tradycyjnym domu razem z dziadkiem i babcią. Nie macie mebli, w waszych sypialniach leżą materace nakryte moskitierami, a posiłki jecie na zaścielonej matami podłodze. Wszyscy razem, całą rodziną. Rozmawiacie przy tym, śmiejecie się i żartujecie. Dziadek jest bardzo stary. Twoja mama daje mu do łuskania strączki tamaryndowca, żeby miał jakieś zajęcie i czuł się potrzebny. Masz wielki szacunek do starszych, często klękasz przed dziadkiem i całujesz jego dłonie, a on wtedy z uśmiechem głaszcze cię po głowie. Gdy wstaje słońce cała wieś budzi się do życia. Gdy zachodzi wszyscy idą spać. Cała społeczność żyje w rytm tego miarowego oddechu wszechświata. W zgodzie z naturą i prawami przyrody, bo żyjąc z darów ziemi nie sposób się temu rytmowi sprzeciwiać.

Wyobraźcie sobie, że wzrastacie w zupełnie innym systemie moralnym, gdzie nie ma przeciwstawnych sił, nie ma dobra i zła. Świat ten jest oparty o silną jednostkę, dążącą do stanu nirwany, a życie duchowe to ciągła interakcja z duchami i siłami nadprzyrodzonymi. Trzeba nauczyć się współżyć z nimi na jednej przestrzeni życia, wypraszając u nich łaskę i błogosławieństwo. Nie zawsze są to dobre duchy, niekiedy to istoty okrutne. Nie ma stwórcy, tej ponadludzkiej mocy, która mogłaby was przed nimi obronić. Jesteście zdani tylko na siebie i wiecie, że potrzeba ciągłych ofiar, żeby zjednać sobie ich łaskę. Dlatego składacie dary w małych kapliczkach, palicie kadzidełka i oddajecie im cześć.

Twoja koncepcja świata jest zupełnie inna od kultury zachodu, bo została zbudowana na fundamentach innej religii i innej wiary. Wystarczy porównać ze sobą bajki Disneya z japońską mangą. W amerykańskich kreskówkach zawsze występuje bohater pozytywny i jego antagonista. Bajka kończy się morałem jaki dzieci powinny wynieść z tej opowieści. Mamy Superbohaterów ratujących świat, a w tej walce zawsze wygrywa dobro. Manga nie ma z tym schematem nic wspólnego. Wystarczy obejrzeć “Spirited Away”, żeby poczuć, że kultura Azji to zupełnie inna bajka.

Gdy wzrastasz w isaańskiej wiosce chodzisz do świątyni buddyjskiej. Modlisz się o łaski dla siebie i całej twojej rodziny. Nie ma tematów tabu, możesz prosić o wszystko. W Bangkoku jest kapliczka, przy której prostytutki modlą się o dobrych klientów. Ty też możesz się modlić o co tylko chcesz. Wierzysz w reinkarnację, w każdej żywej istocie może tkwić cząstka twoich przodków, dlatego żyjesz w zgodzie z naturą, nie krzywdzisz zwierząt, szanujesz przyrodę. W przyklasztornej szkole mnisi uczą cię, że trzeba być dobrym dla innych, opowiadają o karmie, która niczym ogromna siła krąży we wszechświecie. Karma determinuje twoje wybory i często rzeczywiście widzisz, jak do ciebie wraca. Dużo medytujesz, robisz to często bezwiednie. Nie rozumiesz szkół medytacji dla ludzi zachodu, poprzebieranych w jaskrawe stroje, z dredami i kolorowymi turbanami. Medytacja jest dla ciebie jak oddech. Chodzisz polami ryżowymi, dotykasz dłonią źdźbła trawy. To jest twoja medytacja.

Nie oceniasz innych, nie głosisz żadnych prawd. Nie mówisz co jest dobre, a co złe, bo ten temat nie znajduje się w centrum twojej filozofii życia. Twoja wiara jest właściwie skomplikowanym systemem moralnym i w przeciwieństwie do religii zachodnich nie dostajesz “punktów za nawracanie.” Dlatego jest ci w zasadzie obojętne w co wierzą inni. Jesteś ciekawy ich poglądów, jednak nie mają one nic wspólnego z twoimi. Słuchasz, ale nie oceniasz.

Byłam kiedyś w małej isaańskiej wisi. Nie w skansenie, gdzie poprzebierani tubylcy imitują prawdziwe życie, ale w autentycznej wsi na północy Tajlandii. Mieszkałam kilka dni u lokalnej rodziny. Moi gospodarze uprawiają ryż i prowadzą lokalny sklep. Żyje się tam w surowych warunkach, jednak nikomu niczego nie brakuje. Nie ma łazienki, ale można się umyć. Woda leci z nagrzanego na słońcu baniaka, jednak jest ciepła i czysta. Kuchnia znajduje się na podwórku, a gotuje się prosto na ogniu. Próbowaliście kiedyś ugotować coś w taki sposób? Nie na gazie, który można przykręcić jednym ruchem ręki i zmniejszyć jego płomień. Mówię o żywym ogniu, który jest żywiołem i ciężko go okiełznać. Wystarczy chwila nieuwagi, a temperatura wymyka się spod kontroli. Przy ognisku jest gorąco, naczynia nagrzewają się tak, że nie można ich dotknąć gołą dłonią. Kobiety Isaanu zręcznie manewrują drewnem dokładanym do ognia tak, żeby kontrolować temperaturę. Wokół paleniska zbierają się ludzie, bo ogień ma moc przyciągania. Trzaskające pod kociołkiem polana uspakajają i koją. Ja też stałam wtedy przy ogniu, na którym bulgotało nieznane issańskie danie. Gulasz z krowich macic, albo zupa z os. Patrzyłam w ogień tak jak robili to moi przodkowie, gdzieś tysiące kilometrów stąd, a w palmach nad moimi głowami grały świerszcze. Doznałam wtedy niemal mistycznego doznania, że przez te setki lat nasze życie wcale się nie zmieniło. Ta nasza nowoczesność to tylko iluzja. Rdzeń życia wciąż pozostał ten sam. Ogień, ciepła zupa, rodzina, miłość. Czasem o tym zapominamy, ale po to są właśnie takie chwile jak ta. Ten prosty świat przypomniał mi o tym na nowo.

Wyobrażasz sobie tam małego siebie? Kim byś się stał? Czy miałbyś takie poglądy jak teraz? Czy walczyłbyś o te same ideały?

Byłam tam, na tej isaańskiej wsi, gdy wszyscy spali, a ja nie mogłam spać, bo świerszcze grały za głośno i gwiazdy świeciły za jasno. Miliony gwiazd, których nie widziałam nigdy wcześniej, bo mój cywilizowany świat zagłusza je jasnym światłem miast. Zastanawiałam się, kim bym się stała, gdyby karmiono mnie innymi ideałami, gdybym dorosła w innym systemie moralnym. Wartości, w jakich wzrastamy wypalają w naszej duszy trwały ślad. Ja też mam dużo takich śladów. Czy gdyby jakimś zrządzeniem losu mała, jasnowłosa Ania urodziła się tam, pośród tych błotnistych ryżowych pól, to stałaby się innym człowiekiem? Czyli kim tak naprawdę jestem? Jestem Anią, wychowaną w latach osiemdziesiątych na szarym polskim blokowisku, czy autonomicznym bytem z jakiegokolwiek czasu i jakiejkolwiek przestrzeni, a to kim jestem jest zupełnie niezależne od otaczającego mnie świata? Gdyby rzeczywistość nie miała na nas wpływu nie różnilibyśmy się tak bardzo od siebie. Mnie zbudowała binarna moralność zachodniej kultury oparta o dobro i zło, nasza polska tradycja, komunistyczna, szara rzeczywistość, zrównująca wszystkich ludzi do jednej linii. Słabi nauczyciele odbierający godność. Wspaniali rodzice, którzy starali się z całych sił zbudować idealną rodzinę w tym szarym świecie.

Czy ktoś powinien mnie oceniać, bo myślę inaczej?

Łatwo nam zaakceptować inność obcej kultury. Jednak nie trzeba rodzic się na tajskiej wsi, wystarczy wylosować na wielkiej loterii życia ojca alkoholika albo neurotyczną matkę. Nasza dusza się odkształca na zawsze. Przy rodzinnym stole karmi się nas opiniami na temat świata i komentarzami na temat innych ludzi. Nasiąkamy tym dzień po dniu, nieświadomie, bezwiednie. W szkole słyszymy kłamstwa na swój temat, w które wierzymy już na zawsze. Ktoś nas kiedyś wyśmiał, niesłusznie oskarżył. Zdradził. Nasza dusza się modeluje i krok po kroku stajemy się sobą. I będziemy sobą na zawsze. Nieodwracalnie. Możemy pomuskać tę powierzchnię jakąś psychoterapią, ponaprawiać kilka drobiazgów, jednak mamy za mało czasu, żeby zmienić wszystko. Jesteśmy zbyt skomplikowani.

Każdego z nas ten sam świat zbudował w inny sposób. Niby to wszystko do siebie podobne, a tak bardzo różne. Kim jesteśmy, żeby myśleć, że nasza wizja jest tą właściwą?

Tolerancja nie jest przytakiwaniem. To nie jest godzenie się na inność, akceptacja czy próba kompromisu, bo wszystkie te sformułowania sugerują jakieś działaniem wbrew sobie. Prawdziwa tolerancja wypływa z serca i świadomości, że każdy z nas niesie swój własny bagaż, pełen rzeczy, które zbierał latami.

Tolerancja, niczym dojrzała, doświadczona życiem kobieta, patrzy na inność tkliwym, mądrym spojrzeniem i pomaga wstać, gdy ktoś upadnie. To nie słowa otuchy, które wypowiadamy w kierunku słabszych, ale wyciągnięta ręka do kogoś o poglądach, które godzą w nasze przekonania. Bo przecież jako dwa odrębne byty nie możemy dzielić tych samych doświadczeń. Niesiemy inne bagaże, oba są bardzo ciężkie. Opinie innych nie wpływają na nasze życie, a my nie mamy monopolu na rację.

Jeśli to zrozumiemy zachwycimy się innością. Będziemy obserwować i ciekawić się tym, jak inni patrzą na świat. Zaczniemy karmić się różnorodnością, odkrywać życie na nowo i bez złości słuchać ludzi o odmiennym zdaniu. Przestaniemy się ich bać. Staniemy się wolni, bo runą wszystkie mury jakie stawiamy przed sobą w drodze do drugiego człowieka. A co więcej, runą nasze mury w drodze do samego siebie.

O tym właśnie myślałam tamtej bezsennej nocy w małej isaańskiej wsi. Gdzie świerszcze grały za głośno, a gwiazdy świeciły za jasno.