O szamanach, mędrcach i surferach.

O szamanach, mędrcach i surferach.

To, jak bardzo potrafimy oszukiwać sami siebie, to temat na grubą książkę. Nasze życie to niekończąca się gra iluzji i pozorów, a ludzkie umysły to gracze, których nie obowiązują zasady fair play. W naszych głowach odgrywają się przedstawienia z podziałem na role, nadinterpretacje zachowań, wyobrażenia na temat ludzi i nas samych. Oceniamy, kreujemy osądy, wydajemy wyroki.

Jednak jest jedno szczególne miejsce w naszych umysłach, ukryte głęboko pod zwojami tkanek. Miejsce, gdzie powstaje nasz autoportret, gdzie kreujemy wizerunek siebie samych. Odbywają się tam samosądy i samobiczowania, rysujemy swoje wady i pastwimy się nad sobą. Usprawiedliwiamy tam własną podłość, zagłuszamy wyrzuty sumienia, tworzymy fałszywe motywacje. Nasze zachowania i czyny przepuszczane przez specjalny filtr odzierane są tam z prawdy.

Nasz umysł, samodestruktor-kłamca, z jakichś niewyjaśnionych powodów, chce żebyśmy żyli w iluzji o nas samych. Dajemy jałmużnę żebrakowi i odchodzimy z poczuciem spełnionej misji. Jednak gdybyśmy mieli poświecić temu człowiekowi czas, wysłuchać jego historii, nie ciekawej opowieści, ale pijackiego bełkotu... nie, na to niestety nie mamy ochoty. Czy nie wrzuciliśmy do kartonika dyszki, tylko po to, żeby poczuć się dobrze?

Poklepaliśmy samych siebie po plecach z przekonaniem, że jesteśmy dobrzy i nawet jeśli zrobimy kiedyś coś złego, zawsze będziemy mogli wrócić myślami do tej dyszki leżącej na dnie brudnego pudełka.

Czasami zastanawiam się, czy to możliwe, że istnieje jakaś obiektywna prawda, wzorzec prawd dla wszystkich ludzi. Słuszność, która potrafi przebić się swoją prawdziwością przez tę niekończącą się kakofonię kłamstw i wyobrażeń. Może to jest właśnie Bóg, ta scalająca wszechświat siła, bez której nic nie miałoby prawa trwać. Bo przecież jeśli każdy z nas ma swoją rację, to reszta się myli. Idąc tym tokiem myślenia wszechświat to miliardy racji, z których wszystkie są fałszywe. Tak, z pewnością Bóg istnieje, bo bez obiektywnej prawdy świat rozpadłby się na kawałki. Pewnie nawet nie miałby prawa powstać.

Prawda o sobie, jest jak oglądanie ciała przed lustrem. Stajemy odarci z ubrań i oglądamy. Bez pozowania. Ma być takie, jakie jest w rzeczywistości. Doświadczone przez czas, zniszczone. Są miejsca, które nam się podobają, jest też dużo takich, które budzą nasz wstyd. Jednak patrzymy na wszystko z miłością i akceptacja, bo to kawałek naszego istnienia. Bez tego nie byłoby nas. Rozstępy po ciążach, które dały nowe życie, blizny po ranach, które rysują na skórze historię naszych dni.  Mięśnie, które pozwalają się ruszać, żyły, którymi płynie natleniona, życiodajna krew. Serce, które czy tego chcemy czy nie, pracuje dla nas bez przerwy.

Tak powinno oglądać się swoja duszę. Bez napinania muskułów, bez wciągania brzucha. Zobaczyć swoje prawdziwe motywacje, zrozumieć reakcje i nakreślić to, kim w rzeczywistości jesteśmy. Odrzeć się z tytułów, etykiet. Stanąć bez ozdobników, w czystej prawdzie o sobie.

Prawda, to zrozumienie swoich schematów i odczarowanie mechanizmów. To długotrwały i bolesny proces, którego nie da się wykonać w pośpiechu. Jak podzielona na etapy praca, krok za krokiem, dzień po dniu. Co więcej, odarcie się z kłamstw jest bolesne, jest opuszczeniem strefy komfortu, tego miejsca wewnątrz nas, gdzie leżymy pod kocykiem sącząc ciepłe kakałko. Gdy jest nam dobrze opuszczamy gardę, pławimy się w spokoju i za nic w świecie dobrowolnie nie porzucimy tego miejsca.

Na szczęście wszechświat niczym ogromna pulsująca sinusoida funduje nam upadki i wzloty. W regularnych seriach, w sobie tylko znanym rytmie raz na jakiś czas burzy nasz świat. Jedyne czego możemy być pewni to, że wszystko się zmienia, a naszym zadaniem i chyba największą tajemnicą życia jest fakt ten zrozumieć, zaakceptować i odpowiednio wykorzystać. Nasze życie się burzy, jednak my mamy możliwość zbudować zupełnie nowe. Jakąś inną budowlę. Większą, mocniejszą, na solidniejszych fundamentach.

Kryzys może być nauką, krytyka może być konstruktywna, a lęk może budować poczucie własnej wartości. Wystarczy tylko świadomie wejść w zmianę, z otwartym umysłem opracować indywidualny system reagowania. Odpowiednio zaprogramować sposób myślenia. Możemy nauczyć się zarządzać naszymi reakcjami na nową rzeczywistość.

Szkoda, że musimy znaleźć się na skraju przepaści, żeby to wszystko zrozumieć.

W moim życiu też przyszedł taki czas, gdy musiałam zacząć budować nową siebie. Byłam jak czysta kartka papieru i życie trzymało nade mną napełnione atramentem pióro. I czułam, że muszę zacząć coś pisać.

Byłam Anią z Bangkoku, bez przeszłości, bez wielkiej kariery i wielkiego upadku. Bez błędów, porażek i bólu. Pewnie byłam trochę nudna. Odarta z nieaktualnych etykiet wydawałam się sobie bezbarwna i nijaka. Gdybym tylko zaczęła się popisywać, znowu zrobiło by się kolorowo. Mogłabym upiększać, opowiadać o tym co potrafię. Z czerwoną pomadką na ustach, z kieliszkiem wina w dłoni, gestykulować i chwalić się gdzie byłam i co robiłam. W centrum uwagi, jak kiedyś.

Jednak wtedy stałam na zgliszczach starej siebie i wiedziałam, że jeśli nie zrobię czegoś inaczej, powstanie na nich taka sama budowla. Odbuduję po prostu to, co spłonęło. A ja chciałam czegoś innego. Tak proste, jednak czasem trudno to zrozumieć, ale jeśli będziemy robić to samo, rezultat wciąż będzie taki sam.

Spacerowałam wzdłuż kanału Saen Saep, zaglądając ludziom do domów. W każdym pachniało inaczej, gotowanym ryżem, suszącym się praniem, nasiąkniętymi wilgocią ścianami. Ptaki krzyczały walcząc o przegniłe szczątki ryby, kanałem przepływał waran, łypiąc na mnie brunatnym okiem. Chodziłam przez place buddyjskich świątyń, pustych, lokalnych, upstrzonych ozdobami z bibuły i tandetnymi gipsowymi figurkami. Spacerowałam parkowymi alejkami, gdzie kruki darły się wniebogłosy. Gdy zamykałam oczy, w wyobraźni widziałam je na nagich gałęziach drzew, przypominałam sobie szarość Polski i tęskniłam za nią jak za mamą. Już bez żalu, jedynie czysta, ściskająca serce tęsknota.

Nagrywałam filmy, proste ujęcia ludzi, ich uśmiechy i codzienne życie. Stawałam na dachu mojego budynku i zachwycałam się panoramą Bangkoku. Nie można pomylić go z żadnym innym miastem. Ten widok wyrył w moim sercu trwały ślad. Niskie budynki i wąskie uliczki wplecione między autostrady i szklane drapacze chmur. Pod wiaduktami toczące się szare, zakurzone życie, tak różne od tego za rogiem, gdzie turyści jedzą padthaia. Od mojego przyjazdu minęło kilka lat, zaczęłam rozumieć język tajski, próbowałam rozmawiać. Dziecięca spontaniczność Tajów dodawała mi odwagi i otwierała mnie na świat. Nowe znajomości, nowe relacje, wszystko na nowych, nieznanych mi wcześniej warunkach.

Trochę było mi żal, że trwało to tak długo, jednak teraz wiem, że czas to pojęcie względne. Nawet nie wiemy, czy rzeczywiście istnieje. Macie na to jakiś dowód? Niekiedy poczucie jego upływu jest tak różne, że może wcale nie jest linią prostą. Nie wiedzieć czemu ktoś nam to wmówił, a my mu uwierzyliśmy na słowo. Może dlatego, że nasze umysły, zamknięte w klatce ludzkich ograniczeń nie są w stanie zrozumieć abstrakcji czasu. Bo przecież równie dobrze może być on sinusoidą albo linią kreślącą niesforne, wesołe kółka. Jego odczuwanie jest subiektywne, zależy od sytuacji i okoliczności. Czas jest ideą, nienamacalną koncepcją, a zegary i kalendarze to bezużyteczne narzędzia dzielące go na nic nieznaczące kawałki. Jego odczuwania nie da się niczym zmierzyć.

Często zastanawiamy się co straciliśmy, zapominając, że po drugiej stronie jest to, co zyskamy. A to znacznie ważniejsze w kontekście tego, w którą stronę toczy się nasze życie.

Tak, byłam bezbarwna i nijaka, bo byłam jeszcze niezapisaną, białą kartką papieru. Wszystko co było wcześniej się skasowało, a to co powstało później jeszcze nie istniało. Jednak wiedziałam, że gdy stanę w zupełnej prawdzie o sobie, odarta z tych wszystkich upiększeń, moja codzienność zapełni się wartościowymi ludźmi. Nie lepszymi, bo dla każdego wartość znaczy coś innego, ale takimi, którzy wniosą coś do mojego życia. Niech będzie ich garstka, nie potrzebuję tłumów. Jak pokazała moja historia, relacje stworzone na złych fundamentach i tak nie mają prawa przetrwać.

Codziennie próbowałam odkryć nową prawdę, odczarować jakieś stare przekonanie. Myślałam, analizowałam, czasem grzebałam w przeszłości niczym śmietniku pełnym starych, gnijących odpadków. Odkryłam w sobie wiele wad, z których nie zdawałam sobie sprawy. Dowiedziałam się też, że mimo ich istnienia jestem wystarczająca. Dokładnie taka, jaka jestem. Bez upiększeń i czerwonej szminki na ustach. Surowe, prawdziwe człowieczeństwo.

Słowo: “wystarczająca” jest wspaniałe. Nie ma w nim zachwytu nad ideałem, bo żaden człowiek idealny nie jest. Jest świadome wszystkich wad i słabości, jednak otula je zrozumieniem i akceptacją. Bo niestety, mimo ogromnych starań nie wszystko jesteśmy w stanie zmienić, życie jest na to za krótkie, a my za bardzo skomplikowani.

Nie oceniam innych pamiętając, że zachowania i poglądy wynikają z doświadczeń. Gdy widzę coś, czego nie rozumiem, nie znaczy to nic ponad to. Nie jest gorsze od mojego czy niewłaściwe. Nie próbuję też na siłę zrozumieć, bo w wielu przypadkach jest to niemożliwe. Obserwuję inność i uczę się w ten sposób nowych prawd.

Odkryłam, że opinie innych ludzi nie mają żadnego realnego wpływu na to kim jestem. Nawet tysiąckrotnie powtarzane kłamstwo nie sprawi, że taka się stanę. Wbrew pozorom nie interesujemy ludzi tak bardzo jak nam się wydaje. Czasem z nudów pomyślą coś na nasz temat, skomentują, wyśmieją. Jednak już po chwili wrócą do swojego świata i swoich problemów. To wszystko dzieje się w naszych głowach, interpretujemy zachowania, budujemy skomplikowane labirynty zależności, kłócimy się, udowadniamy swoje racje. Ile razy odbyłeś wyimaginowany dialog: “Ja mu powiem tak, a on mi odpowie tak”? To nigdy się nie stanie. Większość opinii na nasz temat nigdy nie narodziła się w głowach innych ludzi. Narodziły się one w naszych głowach. To jak gra w podwójnego agenta. Ja myślę, że on myśli. Nie ma to żadnego sensu.

Daję sobie przyzwolenie na odczuwanie trudnych emocji. Smutku, żalu, rozczarowania czy lęku. Staram się nie nadawać im kolorów ani znaczeń, traktować je na równi z innymi. Noc i dzień, biel i czerń, wschód i zachód. Wszystko ze sobą współgra. Gdybyśmy nie mieli tego bolesnego punktu odniesienia jakim jest smutek, nie wiedzielibyśmy o istnieniu radości. Odwrotność to dopełnienie. Dlatego oglądam wszystkie emocje, zastanawiam się skąd przyszły i choć nie zawsze otrzymuję odpowiedź, daje pozwolenie na ich obecność. A one i tak odchodzą, niezależnie czy są przyjemne czy nie. Zabrzmi to ironicznie, ale przemijanie i zmienność to jedyna stała w naszym życiu.

Niby na wschodzie łatwiej to wszystko zrozumieć, bo nawet dziecko wie, że życie to nurt, a ci, którzy zawracają kijem rzekę tracą jedynie swój czas. W buddyzmie ważne jest “bycie tu i teraz”, nie warto martwić o tym co będzie, ani rozpamiętywać przeszłości. Taoizm ma swoją filozofię Wu Wei, czyli poddanie się nurtowi życia, "cwane" wykorzystanie jego siły jako możliwości do wzrostu. Zamiast płynąć pod prąd można wykorzystać siłę jego biegu, nastawić żagle na wiatr. Wszystko po to, by żyło się lepiej.

Jednak to wcale nie odkrycia filozofii wschodnich. Popędzani przez szarą codzienność, czasem o tym zapominamy jednak te prawdy są także w nas. Wolimy gonić za czymś nieuchwytnym, za marzeniami, które i tak nie są nasze. Świat zachodni zwariował i nie chce się zatrzymać, jednak nawet to nie jest w stanie wymazać z nas ludzkich, ponadczasowych mądrości. Jak w modlitwie, którą większość z nas wyrecytowała chociaż raz w życiu.  “... i chleba naszego daj nam dzisiaj”.

Dzisiaj, nie na zapas, bo tylko to, co trwa teraz jest ważne. A gdy kolejnym razem wstanie słońce, jutro będzie nowym dziś. I nie zatrzyma tego żadna siła.

Te prawdy wynikają z człowieczeństwa. Z pierwotnej, wielopokoleniowej ludzkiej mądrości. Mają tysiące lat i można je śmiało odrzeć z religijnego kontekstu. Nie metkować, nie przypinać etykiet. Ludzie, niezależnie od kultury potrafią odkryć te same racje. Przez setki tysięcy lat dochodziliśmy do tych samych słuszności, filozofowie wszystkich kontynentów mieli te same konkluzje. Mimo ogromnych odległości, patrząc w inne gwiazdy myśleli o tym samym. Próbowali odkryć sens ludzkiego życia.

Jedyne czego możemy być pewni to zmiana, więc może sensem istnienia jest umiejętność wzrostu na bazie własnych doświadczeń? Może tak jak roślina rosnąca na żyznej ziemi tak my, na naszych kryzysach powinniśmy uczyć się siebie na nowo? Nie zawinięci w kocyk, w bezpiecznym miejscu, a wrzuceni w wir życia, często wbrew swojej woli, odarci z kłamstw, silni i prawdziwi. Niczym wojownicy, walczący w słusznej sprawie.

Może po to tu jestem, żeby nauczyć się przyjmować kryzysy jak fale, które zamiast zalać mnie tonami wody, pomogą się unieść ku górze? A moim życiowym zadaniem jest płynąć na nich, jak surfer, mały człowieczek stojący na kawałku deski, walczący z nieokiełznanym żywiołem. Nie ma tu miejsca na fałszywy ruch, tylko czysta prawda. Odarta z ozdobników i iluzji. Prawdziwa ja na środku oceanu.

Ten cały sens życia, wieki przemyśleń mędrców i szamanów, wielogodzinne rozprawy filozofów, być może nie jest to tak zawiłe jak nam się wydaje. Całkiem prawdopodobne, że można to zamknąć w jednym słowie. Prostym i zwyczajnym. Można zamknąć to w prawdzie. Być może wszystkie te wyświechtane zdania, że piękno rodzi się z bólu są odpowiedzią na wielką zagadkę naszego istnienia. Szukaliśmy jej w mądrych księgach, w zawiłych koncepcjach i światopoglądach, a to jest zupełnie proste. Zwykłe i spowszedniałe. A nasze zburzone wszechświaty, połamane serca, wypalone do gołej ziemi budowle to najlepsze fundamenty na zbudowanie czegoś wielkiego. Musimy tylko nauczyć się odzierać życie z iluzji i kłamstw. Pozwolić, aby z naszych kryzysów zrodziła się czysta prawda.

Film, który nagrałam w tamtym czasie na ulicach Bangkoku.