Plany noworoczne.

Plany noworoczne.

My, ludzie kochamy podsumowania. Lubimy symboliczne daty, dzielenie życia na etapy, bo daje to poczucie kontroli nad upływającym czasem. Z wielkim entuzjazmem zamykamy przeszłość po to, by zacząć nową przyszłość, robimy postanowienia noworoczne, snujemy nowe plany.  I mimo, że czas to linia ciągła, której nie da się podzielić na odcinki, lubimy to poczucie kontroli wynikające z planowania własnego życia. Po to właśnie powstały zegary i kalendarze, aby człowiek miał poczucie panowania nad swoim przemijaniem.

Mija styczeń dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Tak bardzo wyczekiwanego, bo miał nam przynieść ulgę po najgorszym roku w historii naszych istnień. Roku, który zburzył wszystkie nasze noworoczne plany i w bezlitosny sposób pokazał nam, że tak naprawdę niewiele aspektów naszego życia jesteśmy w stanie kontrolować. Nasza codzienność to seria przypadków i zbiegów okoliczności, a każda próba zdominowania tego niekontrolowanego biegu zdarzeń kończy się w najlepszym razie frustracją.

Ostatni rok był okrutny, ale również wspaniały, bo wiele nas wszystkich nauczył. A jeśli jest na tej ziemi ktoś, kto po tym roku nie zrozumiał jeszcze co jest dla niego najważniejsze, to raczej nie ma już dla niego nadziei. Dwa tysiące dwudziesty postawił nas wszystkich przed faktem dokonanym, i to od nas zależało, jak zinterpretujemy nową rzeczywistość. Pokazał nam, że w przypadku wielkiego kryzysu nikt nas nie obroni, nie istnieje żadna wielka organizacja, żadna polityka ani rządy, które są w stanie pomóc, gdy wali się nasz świat. Nauczyliśmy się kochać naszych bliskich, bo poczuliśmy, jak łatwo możemy ich stracić. Zrozumieliśmy jak ważne są relacje z innymi ludźmi, gdy zamknięci w domach nie mogliśmy się z nimi spotkać. Mimo, że żyjemy w świecie wielkich nierówności, wszyscy zderzyliśmy się z tą samą ścianą. Dwa tysiące dwudziesty zrównał ze sobą wszystkich ludzi, obnażył ludzką naturę, urzeczywistnił strach, nadając mu niemal fizyczną formę. Zniknęły wszystkie ideały, wielu z nas poczuło w sercu ogromną pustkę. Pokazał nam, że ma za nic nasze plany, bo życie i tak napisze nam swój własny scenariusz.

W moim życiu już na długo przed pandemią okazało się, że nie mam na nie żadnego wpływu. Dwa lata temu mieszkałam jeszcze w Tajlandii, zupełnie nieświadoma tego, co za chwilę nas spotka. Nasze mieszkanie znajdowało się na osiedlu z parkiem i basenem w centrum Bangkoku. Wieczorami chodziliśmy do 7-Eleven po przekąski w samej tylko piżamie, mijaliśmy uśmiechniętych Tajów, a w wysokich palmach wokół naszego bloku grały świerszcze. Mimo, że mieszkaliśmy w centrum miasta, każdego ranka budziły nas śpiewy ptaków. Taki jest właśnie Bangkok, szklane drapacze chmur obok małych, lokalnych uliczek z pysznym ulicznym jedzeniem i kolorowymi straganami z owocami. Do dziś pamiętam rytm tego miasta, mimo, że jestem teraz w zupełnie innym miejscu. Jednak wtedy nic nie wskazywało jeszcze, że za kilka miesięcy nasze życie wywróci się do góry nogami. Nie mogliśmy przewidzieć, że firma, z którą współpracuje mój mąż z dnia na dzień przestanie istnieć, że po miesiącach poszukiwań nowej pracy nie dostaniemy interesującej nas oferty w Bangkoku. Że nasze nowe miejsce będzie od teraz gdzieś indziej.

Życie zmusiło nas do zmiany, zupełnie wbrew naszej woli. Oferta pojawiła się sama, niczym gotowe rozwiązanie, jednak to naszym zadaniem było podjęcie tej decyzji. Mieliśmy na to dwa dni.

Hongkong nie był wtedy najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. Trwały tu antyrządowe protesty, które ostro tłumiła policja. Było o tym głośno na całym świecie. Decyzja nie była łatwa. Jednak jak czas pokazał był to ostatni moment na opuszczenie Tajlandii i znalezienie się w bezpiecznym miejscu przed tym, co za chwile nastąpi. Bo już kilka miesięcy później w Chinach pojawił się nieznany, tajemniczy wirus. I wtedy właśnie świat zwariował.

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Pakowałam nasze kilkuletnie życie w pięć walizek z uczuciem Déjà vu. To już kiedyś się wydarzyło. Sześć lat wcześniej, stojąc na poddaszu naszego domu w Polsce, widziałam jak ogromny kontener zapełnia się moim minionym życiem. Było tam wszystko, co zbierałam latami, kupione za pieniądze z korporacji. Mogłabym napisać, że korporacji, która mnie zniszczyła, ale to nie byłoby prawdą. Ja sama to zrobiłam. Korporacja była tylko narzędziem. Patrzyłam na stertę niepotrzebnych przedmiotów, które, gdy tylko pojawiały się w kontenerze stawały się śmieciami. Byłam wewnętrznie pusta i splątana. Dosłownie, jakbym miała ogromny supeł gdzieś w środku. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy w tydzień. Wszyscy byli w szoku. A w największym szoku byliśmy my.

Lądując w Tajlandii czułam, że równie dobrze mogliśmy wylądować na Marsie. Zupełnie inny świat, inna kultura i zwyczaje. Nigdy wcześniej nie byliśmy w Azji. Pamiętam swoje myśli, gdy chodziłam po brudnych ulicach Bangkoku. “Czy oni nie mogliby tu posprzątać? Oddaliby władzę w cywilizowane ręce, a my nauczylibyśmy ich jak robi się prawdziwą turystykę”. Tak musieli myśleć Brytyjczycy, gdy kolonizowali Birmę patrząc na ten prymitywny kraj okiem zdobywcy, lepszego białego, który przecież wie jak się żyje, myśli i czuje.

Po roku w Tajlandii stwierdziłam, że jednak oni wiedzą lepiej. Zaczęłam zachwycać się ich dziecięcą prawdziwością i prostotą. To było tak różne od tego co znałam do tej pory. Europejskim standardem życia jest pogoń za marzeniami. Często nie znając swoich potrzeb, spełniamy marzenia innych, biorąc je za swoje. Gubimy się w tej gonitwie, bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto osiągnął więcej i żyje lepiej. Okupiamy to kryzysem relacji z bliskimi, dla których mamy co raz mniej czasu. A przede wszystkim relacji ze sobą samym, bo dla siebie czasu nie mamy wcale. Oceniamy, politykujemy, wmuszamy innym własne poglądy. Zajmujemy się sprawami bez znaczenia. Po trzydziestu sześciu latach egzystencji w takich realiach zamieszkałam w kraju buddyjskim i to było jak zimny prysznic. Tam nie ma żadnych ambicji i za niczym się nie goni. Ludzie wzrastają w innych wartościach, od najmłodszych lat uczeni medytacji, potrafią żyć w zgodzie ze sobą. Większość Tajlandii to małe wioski z polami ryżowymi czy plantacjami trzciny cukrowej, poza Bangkokiem nie ma tam żadnych dużych miast. Młodzi wyjeżdżają do stolicy, aby się uczyć i pracować i chcąc nie chcąc przywożą ze sobą tą wiejską sielskość i prostotę. W pracy zawiązują się prawdziwe przyjaźnie, są wspólne wyjścia na lunch czy na piwo. Jest dziecięce, naiwne życie, bez pogoni za pieniędzmi, a gdy tylko pojawiają się trudności zawsze można wrócić do mamy na wieś, by odpocząć od chaosu wielkiego Bangkoku. W kolejkach do kasy nikt nikogo nie popędza, kierowcy na siebie nie trąbią. Jest kojący spokój. Moja wewnętrzna oceniająca krytykantka z miesiąca na miesiąc co raz bardziej cichła.

Obserwując ich życie uczyłam się siebie na nowo. Zaczęłam dostrzegać dzielące nas różnice i analizowałam skąd się wzięły. Przestałam oceniać. Obniżyłam gardę. Mój wewnętrzny supeł zaczął powoli znikać, a po dwóch latach poczułam, że się zmieniam. Zaczęłam być szczęśliwa. Odstawiłam antydepresanty, które brałam jedenaście lat. Nie biorę ich do dziś. To jak otrzymać w prezencie nowe życie.

Jeśli wydaje wam się, że to łatwe to muszę was wyprowadzić z błędu. Bolało. Nie potrafiłam się odnaleźć. Czasem szarpałam się jak pies na smyczy, próbowałam się wydostać, jednak coś trzymało mnie mocno. Nie był to przyjemny proces, życie zrobiło mi to na siłę. Gdybym miała tylko możliwość rzuciłabym się w wir jakiś wydarzeń i zapomniała znowu o sobie. Jednak tam nie miałam takiej możliwości. Nie znałam języka, moje dotychczasowe doświadczenie w bankowości było tam zupełnie bezużyteczne. Wzięłam głęboki oddech. Zwolniłam.

I tak właśnie miało być, gdyby nie ta smycz nigdy bym nie była tu, gdzie jestem teraz. I nie chodzi o Hongkong. Chodzi o miejsce wewnątrz siebie, gdzie jest spokój, do którego można wrócić jak do domu.

Często zastanawiam się czy zawdzięczam to Tajlandii. Czy to samo stałoby się gdziekolwiek indziej, bo to ja po prostu dojrzałam do zmiany. Tego nie wiem, jednak Bangkok na zawsze pozostanie w moim sercu. Jedno wiem na pewno. Takiej przemiany nikt nie jest w stanie zaplanować. To był ogromny bolesny, kilkuletni proces, który bardzo często wydawał się bezsensownym marnowaniem czasu. Teraz już wiem, że nie ma nic nieodpowiedzialnego w odpuszczeniu. Na większość rzeczy i tak nie mamy wpływu. Trzeba poddać się naturalnemu nurtowi, zamknąć oczy i wdychać życie, bo tylko obecna chwila ma znaczenie.

Przeprowadzka do Hongkongu była jak zderzenie z rzeczywistością. Po sześcioletnim śnie obudziłam się w prawdziwym świecie. Wtedy tak nie myślałam, jednak teraz już wiem, że właśnie tak jest wszędzie poza Tajlandia. Ja po prostu o tym zapomniałam. Nerwowi ludzie, pogoń za kasą, znieczulica. Ale to temat na osobną opowieść.

Pięć walizek, ja, mój mąż i córka wylądowaliśmy w Hongkongu osiemnastego października dwa tysiące dziewiętnastego roku i jesteśmy tu do dziś. Piszemy kolejny rozdział naszej opowieści i jest cudownie. Nic nie planujemy, poddajemy się życiu, które poprowadzi nas we właściwą stronę. Nie martwię się przyszłością, nie rozpamiętuję tego, co minęło. Hongkong jest inny niż Tajlandia, ale również piękny. Wiem, że to kolejny etap na mojej drodze, że tak właśnie miało być. Tamtej Ani z Tajlandii już nie ma, teraz muszę poddać się nowym doświadczeniom, bo tylko zmiany, pozwalają się rozwijać.